Jesień zawsze najbardziej pasowała mi do tego domu. Latem ogród był za głośny od ptaków, kosiarek i dzieci sąsiadów. Zimą wszystko zamierało, a jesienią robiło się spokojnie. Liście z jabłoni spadały na trawnik, powietrze pachniało wilgotną ziemią, a rano nad dachami na obrzeżach Wrocławia wisiała lekka mgła.

Mieszkałem tu od ponad trzydziestu lat. Dom nie był ani nowoczesny, ani szczególnie elegancki. Zwykły piętrowy budynek z garażem, małym ogrodem i warsztatem, który urządziłem sobie z tyłu. Pół życia coś tu poprawiałem.
Raz dach, raz schody, potem taras, instalacje w garażu, półki w piwnicy. Moja żona zawsze się śmiała, że gdybym kiedyś skończył wszystkie remonty, pewnie zacząłbym rozbierać dom od początku, żeby mieć zajęcie. Nie doczekała tego. Od kilku lat mieszkałem sam.
Ludzie czasem pytali, czy nie jest mi smutno w takim dużym domu. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Owszem, brakowało mi żony. Nie było dnia, żebym choć przez chwilę o niej nie pomyślał, ale to nie znaczyło, że siedziałem od rana do wieczora i patrzyłem w ścianę.
Miałem ogród, warsztat, sąsiadów, kilku starych znajomych. W czwartki chodziłem na basen, w sobotę rano na targ po warzywa. A kiedy pogoda pozwalała, potrafiłem pół dnia grzebać przy czymś w garażu__. Samotność to jedno, spokój to zupełnie co innego__.
Tamtej niedzieli właśnie sprzątałem liście przy furtce, kiedy zobaczyłem samochód Pawła. Zaparkował przed domem, a chwilę później wysiadł razem z Ewą. „O, proszę”, powiedziałem. „Kontrola niezapowiedziana?
” Paweł się roześmiał i wyjaśnił, że dzwonił rano. Ewa pocałowała mnie w policzek i oznajmiła, że przywieźli sernik. „No to już brzmi poważnie”, zażartowałem i zaprosiłem ich do środka. Poszliśmy do kuchni, zaparzyłem kawę, wyjąłem talerzyki__, a Ewa rozpakowała ciasto.
Przez pierwsze pół godziny rozmawialiśmy o zwyczajnych rzeczach. Paweł narzekał na korki, Ewa opowiadała o pracy. Dopiero później zauważyłem, że oboje robią się jacyś dziwnie poważni. Paweł kręcił łyżeczką w filiżance, choć cukru nigdy nie używał.
„Tato”, no spojrzał na Ewę__. Aha, pomyślałem__. To nie była zwykła niedzielna kawa. „Mamy trochę problemów z mieszkaniem.
Właściciel chce podnieść czynsz, i to sporo. ” Podali kwotę, a ja gwizdnąłem cicho. Ewa westchnęła i dodała, że opłaty, prąd, ogrzewanie i parking wszystko idzie w górę. „Staramy się odkładać na swoje, ale przy takich kosztach stoimy właściwie w miejscu.
” Kiwnąłem głową. Czasy były takie, jakie były. Wynajem potrafił człowieka wykończyć, a kupno mieszkania we Wrocławiu też nie należało do rzeczy łatwych. Po chwili ciszy Paweł odłożył filiżankę i zapytał wprost, czy mogliby pomieszkać u mnie przez jakiś czas.
Ewa szybko dodała, że nie na zawsze, kilka miesięcy, może pół roku, żeby trochę odłożyć i spokojnie znaleźć coś swojego. Spojrzałem najpierw na nią, potem na syna. Dom miał miejsca aż nado. Dwie sypialnie na górze stały właściwie puste.
Paweł odchrząknął. „Dokładalibyśmy się do rachunków i pomagali w domu. ”„Oczywiście”, powiedziałem. Ewa jakby trochę odetchnęła, ale zaraz znów spojrzała na Pawła.
„Jest jeszcze jedna rzecz. ”„No proszę. ”„Moja mama Teresa też ostatnio ma trochę problemów. Właściciel mieszkania wspominał o sprzedaży.
Gdyby kiedyś musiała się na jakiś czas przenieść…” Popatrzyłem na nią uważnie. Najpierw syn z żoną, potem być może jej matka. Duży dom, dużo pokoi, jeden starszy człowiek. Rachunek był prosty i chyba oboje spodziewali się, że właśnie teraz powiem: Nie ma mowy.
Zamiast tego nalałem sobie jeszcze kawy. „Dobrze. Jesteśmy rodziną, spróbujmy. ” Ewa uśmiechnęła się tak szeroko, jakby właśnie dostała klucze do własnego mieszkania.
Paweł wstał i klepnął mnie w ramię. „Tato, uratowałeś nam życie. ”„Bez przesady, macie gdzie mieszkać. ” Jeszcze przez chwilę ustalaliśmy szczegóły.
Mieli przywieźć rzeczy w następny weekend. Kiedy po godzinie wsiedli do samochodu, oboje wyglądali na wyraźnie lżejszych. Stałem przy furtce i patrzyłem, jak odjeżdżają. Byli przekonani, że wszystko świetnie się ułożyło i może mieli rację.
Tylko jednej rzeczy żadne z nich nie zapytało. Jak właściwie wygląda życie w moim domu? W następny piątek Paweł przyjechał po pracy z pierwszą partią rzeczy. Nie było żadnej wielkiej przeprowadzki.
Dwa kursy samochodem, kilka pudeł, walizki, komputer Ewy, trochę ubrań i cały ten drobiazg, który człowiek uważa za niezbędny, dopóki sam nie musi go wnosić po schodach. „Co tam masz? ”„Książki. ”„To po co wam tyle książek, skoro oboje czytacie wszystko w telefonie?
”„Tato, pytam tylko. ” Dałem im większy pokój gościnny na piętrze. Ewa od razu zaczęła się rozglądać i planować przesunięcia, mówiąc o większym tarasie i o tym, że może powinienem przenieść się na górę, żeby na dole wszystko lepiej rozplanować. Podniosłem rękę.
„Nie przestawiamy niczego. Przyjechaliście mieszkać ze mną, a nie ja z wami. ” Zapadła krótka cisza, po czym Ewa pierwsza się roześmiała. „Dobrze, tylko myślałam na głos.
”„Myśleć wolno. Szafy zostają tam, gdzie stoją. ”
Wieczorem zamówili pizzę. Paweł otworzył piwo, Ewa rozpakowywała kosmetyki w łazience, a ja siedziałem w kuchni i słuchałem, jak po piętrze chodzą tam i z powrotem.
Dom rzeczywiście brzmiał inaczej. Więcej kroków, więcej otwieranych drzwi, więcej głosów. Nie przeszkadzało mi to. Jeszcze nie.
Następnego ranka obudziłem się jak zwykle kilka minut przed szóstą. O szóstej byłem już w łazience. Dziesięć minut później zszedłem na dół, podniosłem rolety i włączyłem radio. Nastawiłem kawę, pokroiłem chleb, wyjąłem masło, ser, pomidory.
O wół do siódmej siedziałem już przy stole. Z góry nie dochodził żaden dźwięk. W końcu wstałem i zapukałem do ich drzwi. „Pobudka, śniadanie stygnie.
” Po chwili drzwi uchyliły się i pojawił się Paweł z włosami postawionymi we wszystkie strony i jednym okiem jeszcze prawie zamkniętym. „Tato, co jest? ”„Sobota. ”„No właśnie, szkoda soboty na spanie.
”„Kawa jest. ”„Ja nie piję kawy o tej porze. ”„To się nauczysz. ” Za jego plecami pojawiła się Ewa w szlafroku z twarzą człowieka, który jeszcze nie do końca wie, gdzie się znajduje.
„Co się dzieje? ”„Tata zrobił śniadanie. Teraz jest najlepsza pora na śniadanie. ” Zeszli na dół kilka minut później.
Ewa usiadła przy stole i spojrzała na mnie podejrzliwie. „Ty naprawdę zawsze tak wcześnie wstajesz? ”„Zawsze. ”„My w weekendy zwykle śpimy przynajmniej do dziewiątej.
”„To sporo dnia tracicie. ”„Tato, ludzie odpoczywają. ”„Ja też odpoczywam po obiedzie. ” Ewa parsknęła śmiechem, ale jeszcze nie była pewna, czy mówię poważnie.
Po śniadaniu poszedłem do garażu. Miałem kilka rzeczy do zrobienia. Kiedy przechodziłem przez korytarz, usłyszałem szept Ewy. „On przecież nie będzie tak codziennie.
”„Codziennie”, odpowiedziałem z korytarza. Pełny weekend pod jednym dachem zaczął się dla Pawła źle. Już w piątek wieczorem powiedział, że jutro o piętnastej jest mecz. „Wiem.
Oglądasz może końcówkę. ”„A co robisz wcześniej? ” Odłożyłem widelec. „My robimy.
”„Jak to my? ” Nie rozwijałem tematu. W sobotę o szóstej rano wstałem jak zwykle. Tym razem nie budziłem ich od razu.
Człowiek powinien czasem dostać chwilę złudnej nadziei. O wół do siódmej zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i wyszedłem do garażu. Przygotowałem farbę do ogrodzenia, pędzle, papier ścierny, kilka nowych desek i wkrętarkę. O ósmej Paweł zszedł na dół w dresie z telefonem w ręku.
„Jest kawa? ”„Jest. ” Usiadł przy stole, ziewnął i zaczął przesuwać palcem po ekranie. Położyłem przed nim parę roboczych rękawic.
„Co to? ”„Rękawice widzę. ”„To dobrze. Po co mi ogrodzenie samo się nie pomaluje.
”„Tato, ja dzisiaj chciałem trochę odpocząć. ”„Odpoczniesz, jak skończymy. ”„Ale przecież ja cały tydzień pracuję. ”„Ja też kiedyś pracowałem cały tydzień, a w sobotę robiłem przy domu.
Sam mówiłeś, że będziemy sobie pomagać. ” I wtedy zobaczyłem na jego twarzy ten krótki moment, kiedy człowiek przypomina sobie własne słowa i bardzo żałuje, że je wypowiedział. Ewa zeszła kilka minut później. „Co robicie?
”„Rodzinny dzień gospodarczy. Dla ciebie też coś mam. ” Zaprowadziłem ją do spiżarni. „Trzeba przejrzeć daty, posegregować słoiki i zrobić miejsce na nowe rzeczy.
”„Wszystko? ”„Nie, to byłoby za łatwe. Potem pomożesz mi wynieść kilka pudeł z piwnicy. ”„Tadeusz, co ty naprawdę to wszystko planowałeś?
”„Oczywiście. Na dzisiaj. Od miesiąca. ”„A nie mogłeś przełożyć?
”„Mogłem, ale nie przełożyłem. ” Paweł w drzwiach zaczął się śmiać. „Witamy w rodzinie. ”
Pracowaliśmy do południa.
Ja poprawiałem drzwi do szopy. Paweł szlifował i malował ogrodzenie, narzekając mniej więcej co dziesięć minut. „Tato, ta farba śmierdzi. ”„Farba ma pachnieć?
”„Mogłaby mniej. ”„Następnym razem kupimy waniliową. ” Ewa zrobiła porządek w spiżarni, a potem zeszła ze mną do piwnicy i pomogła wynosić stare pudła. Przy trzecim zapytała:„Co tu jest?
”„Kabel. ”„Całe pudło kabli. Przydają się do czego? ”„Jak będą potrzebne, to ci powiem.
”„Czyli nie wiesz. ”„Wiem, że się przydadzą. ” Południu zrobiłem prosty obiad. Paweł od razu spojrzał na zegarek.
„Mecz za godzinę. ”„To świetnie. Czyli koniec. ”„Czego?
” Już wtedy wiedział. Wyszedłem do ogrodu i wskazałem stertę liści. „Jeszcze to. ”„Tato.
”„I gałęzie przy jabłoni. Mecz jest nagrywanie. ”„To nie to samo. ”„Oczywiście, że nie.
Nagraniu możesz przewinąć reklamy. ” Ewa zaczęła się śmiać. Przez następne dwie godziny ogarnialiśmy ogród. Liście poszły do worków, suche gałęzie do jednego stosu.
Paweł przenosił worki z ziemią ogrodową i z każdym kolejnym wyglądał coraz mniej jak człowiek, który kilka dni wcześniej cieszył się z dużego domu. „Ale dobrze mieć rodzinę pod ręką. Człowiek od razu szybciej wszystko robi. ”„Cieszę się, że mogłem spełnić twoje marzenie.
”„Jeszcze nie skończyliśmy. ”„Oczywiście, że nie. ” Wieczorem Paweł chciał zamówić pizzę. „Po co wydawać?
Został bigos. ”„Tato, jedliśmy go wczoraj. ”„I dlatego dzisiaj jest jeszcze lepszy. Rodzina nie wyrzuca jedzenia.
” Paweł odłożył telefon. „Wiedziałem, że to powiesz. ” Później, kiedy szedłem korytarzem, usłyszałem ich rozmowę z pokoju. „Musimy jakoś ustalić granicę.
” Uśmiechnąłem się pod nosem i poszedłem spać. Po dwóch tygodniach Paweł i Ewa zaczęli się już trochę przyzwyczajać. Paweł nauczył się, że jeśli chce spokojnie obejrzeć mecz, najlepiej wcześniej zapytać, czy nie mam akurat w planach przycinania żywopłotu, wynoszenia drewna albo tylko jednej drobnej rzeczy w garażu. Ewa urządziła sobie mały kącik do pracy w pokoju obok ich sypialni.
I właśnie wtedy zadzwonił do mnie Rysiek, mój kuzyn. Człowiek, który potrafił rozmawiać dużo, długo, na każdy temat. „Tadziu, mam sprawę. ”„No to mów.
”„Rura mi pękła w łazience. Fachowiec zaczął kuć i wyszło, że pod spodem też wszystko mokre. Suszą ściany, podłogę zerwali, sąsiadka z dołu patrzy na mnie jak na zbrodniarza. ”„I gdzie teraz jesteś?
”„Na razie u kolegi. Tylko że on ma kawalerkę, kota i narzeczoną, która już po jednym dniu patrzy na mnie tak samo jak ta sąsiadka. ”„Przyjedź do mnie. ”„Naprawdę?
”„A czemu nie? ” Wieczorem powiedziałem o tym przy kolacji. „Jutro przyjedzie Rysiek. ”„Jaki Rysiek?
”„Mój kuzyn. ”„Na kawę. Nie pomieszka z nami. ”„Jak długo?
”„Dwa tygodnie, może trochę dłużej. ”„U nas? ”„U mnie. ”„Ale gdzie on będzie spał?
”„W małym pokoju. ”„W tym, gdzie pracuje? ”„Tak, ale ja chciałam tam pracować. ”„Ewa, Rysiek jest tylko na dwa tygodnie.
Przecież rodziny się nie wyrzuca. ” Spojrzała na mnie, potem na Pawła. Paweł nagle bardzo zainteresował się ziemniakami. Wiedziałem, że rozpoznała własne słowa.
Rysiek przyjechał następnego dnia około czwartej. Miał jedną dużą walizkę, torbę z ubraniami i reklamówkę z kiełbasą. „Żeby nie przyjeżdżać z pustymi rękami. ” Ledwo zdjął kurtkę, już zaczął opowiadać o dawnych czasach, kiedy człowiek jechał do rodziny i zawsze coś wiózł.
„A pamiętasz, jak byłeś mały i wsadziłeś mi klucze od samochodu do doniczki? ”„Nie. ”„No właśnie. A ja pamiętam, dwa dni szukałem.
” Minęło może siedem minut od jego przyjazdu. Pierwszego ranka Rysiek wstał kwadrans po szóstej. O szóstej dwadzieścia wszedł do łazienki i wyszedł z niej prawie pół godziny później. Paweł stał wtedy w korytarzu z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.
„Wujek, jeszcze długo? ”„Już wychodzę, tylko się ogolę. ”„On tam jest od pół godziny. ”„Człowiek chce wyglądać porządnie.
”„Ja mam spotkanie o ósmej. ”„To dobrze, że wstałeś wcześniej. ” Przy śniadaniu też nie było szybko. Rysiek jadł spokojnie, smarował kromkę masłem i opowiadał o tym, jak kiedyś masło było pakowane inaczej.
„Nie pamiętaliśmy. To mu nie przeszkadzało. ” Następnego dnia temat zszedł na talony, potem na oranżadę w szklanych butelkach, potem na kolejki przed sklepami. Ewa próbowała pracować przy stole w salonie, ale co chwilę słyszała.
„Ewa, a pamiętasz? ” W końcu odpowiedziała:„Rysiek, ja się urodziłam dużo później. ”„No właśnie, to ja ci opowiem. ” W niedzielę Rysiek zaczął od niewinnego zdania.
„A pamiętacie jak pojechaliśmy kiedyś maluchem na Mazury? ” Ja pamiętałem niestety. Historia miała wszystko. Fiata sto dwadzieścia sześć, cztery osoby, namiot, zepsuty pasek klinowy, burzę pod Olsztynem, kanister benzyny, milicjanta i kurę, która z jakiegoś powodu znalazła się na drodze.
Po czterdziestu minutach Ewa przestała udawać, że czyta wiadomości w telefonie. Po godzinie Paweł zaczął jeść szybciej. Rysiek dopiero dochodził do momentu, kiedy maluch zagotował się po raz drugi. „I wtedy mówię do Tadzia…”„Ja już skończyłem.
”„Siadaj, najlepsze dopiero będzie. ”„Muszę coś zrobić. ”„Co? ” Syn rozejrzał się po kuchni.
„Cokolwiek. ” Wziął kubek i wyszedł. Patrzyłem za nim, a potem na Ryśka. „No mów dalej.
” Rysiek od razu się ożywił. Rysiek wyjechał w poniedziałek rano, bo fachowcy wreszcie skończyli suszyć jego łazienkę. Paweł odprowadził go do furtki z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie żegnał bardzo sympatycznego człowieka, którego przez następne pół roku wolałby jednak oglądać tylko na zdjęciach. „Wpadnij kiedyś.
”„Ucieszył się. ”„A pamiętasz jak…”„Muszę do pracy. ” przerwał mu Paweł wyjątkowo szybko. Kiedy samochód zniknął za rogiem, Ewa stanęła w kuchni, rozejrzała się po domu i powiedziała:„Ale cicho.
”„Nie przyzwyczajaj się. ” Odpowiedziałem. Spojrzała na mnie podejrzliwie. Nic więcej nie powiedziałem.
Kilka dni wcześniej spotkałem Bożenę w domu kultury. Znałem ją od dobrych paru lat. Energiczna kobieta, zawsze w ruchu, zawsze z jakimś pomysłem. Prowadziła zajęcia dla ludzi po pięćdziesiątee.
Narzekała, że sala będzie zamknięta przez jakiś czas. „Remontują podłogę, a grupa mi się rozpadnie, jak przez miesiąc nic nie zrobimy. ”„Ile osób? ”„Osiem, czasem dziewięć.
” Pomyślałem o swoim podwórku. „Przyjdźcie do mnie. ”„Do ciebie? ”„A czemu nie?
”„Z matami? ”„Bez mat byłoby niewygodnie. ” Roześmiała się. Umówiliśmy się na wtorek i piątek rano.
We wtorek wstałem jak zwykle. Przed siódmą wyszedłem otworzyć furtkę. Bożena przyszła pierwsza, potem zaczęli schodzić się pozostali. Siedem kobiet i jeden mężczyzna.
„Tadeusz, ty też ćwiczysz” Oznajmiła Bożena. „Ja tylko udostępniam teren. ”„Nie ma takich numerów. Gospodarz daje przykład.
” Przyniosłem stary koc, rozłożyłem go obok grupy i stanąłem z nimi. Właśnie wtedy na piętrze rozsunęły się zasłony. Ewa stała w oknie sypialni. Jej mina była bezcenna.
Pomachałem. Nie odmachała. Kilka minut później zeszła na dół i wyszła na taras w swetrze narzuconym na piżamę. „Tadeusz, dzień dobry.
Co tu się dzieje? ”„Bożena prowadzi jogę dla kręgosłupa. ”„Tutaj? ”„Tutaj jest świetnie.
Powietrze, cisza, trawa. ” W tym samym momencie sąsiad odpalił kosiarkę. „Prawie cisza. ”„Ty się na to zgodziłeś?
”„Sam zaproponowałem. ”„Na jak długo? ”„Dwa razy w tygodniu, dopóki nie skończą remontu sali. ”„Rano?
”„Rano. Najlepiej się ćwiczy. ” Westchnęła i wróciła do domu. Po kilku minutach Paweł wyszedł z domu ubrany do pracy.
Zobaczył nas i zwolnił. Przez moment próbował przejść bokiem przy płocie. „Panie Pawle, mamy wolną matę. ”„Dziękuję.
Ja do pracy. ”„Pięć minut rozciągania jeszcze nikogo nie spóźniło. ”„Mnie może. ”„Tato, no chodź.
”„Kręgosłup masz jeden i pracę też jedną. Tym bardziej trzeba o kręgosłup dbać. ” Grupa się roześmiała. „Miłego ćwiczenia.
”„Jutro cię złapiemy. ”„Jutro jest środa. ”„To w piątek. ” Paweł przyspieszył.
Po zajęciach zaprosiłem wszystkich na herbatę. W ciągu dziesięciu minut kuchnia była pełna. Ewa zeszła po kawę i zatrzymała się w drzwiach. „O, chodź.
Jest herbata. ”„Ja tylko po kawę. ” Jedna z kobiet przesunęła krzesło. „Proszę usiąść.
” Ewa usiadła. Nie wyglądała na zachwyconą, ale była zbyt dobrze wychowana, żeby odmówić. Paweł wrócił po południu. „Bożeny już nie ma?
”„Nie, dobrze, w piątek wróci. ” Zamarł na sekundę. Z Włodkiem znaliśmy się jeszcze z czasów, kiedy człowiek po pracy miał siłę zrobić remont w kuchni, naprawić samochód i wieczorem pójść na imieniny do znajomych. Teraz obaj byliśmy trochę starsi, trochę wolniejsi i zdecydowanie bardziej wybredni, jeśli chodziło o kawę.
Włodek miał jednak jedną rzecz, której nie odpuszczał od lat. Akordeon. Grał dobrze, naprawdę dobrze. Prowadził też małą amatorską grupę w domu kultury.
Spotkałem go przy sklepie. „Tadziu, katastrofa” Powiedział zamiast dzień dobry. „Żona cię wyrzuciła? ”„Gorzej.
”„To co? ”„Zamknęli nam salę. W domu kultury instalacje robią podobno trzy tygodnie i nie mam gdzie prowadzić zajęć. ” Pomyślałem chwilę.
„Przyjdźcie do mnie. ” Włodek spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie zaproponował orkiestrę dętą. „Z akordeonami? ”„Nie, z nartami.
Pytam poważnie. ”„Ja też. ” Wieczorem powiedziałem o tym przy kolacji. „Od jutra Włodek będzie prowadził tutaj zajęcia z akordeonu.
” Ewa właśnie piła kawę. I zakrztusiła się. „Z czego? ”„Z akordeonu.
Tutaj w salonie. ”„Ilu ludzi? ”„Włodek i trzech uczniów. ”„Cztery akordeony?
”„Tak. ”„Jednocześnie? ”„Inaczej trudno prowadzić zajęcia grupowe. ”„Tato, powiedz, że żartujesz.
”„Nie żartuję. ”„Kiedy? ”„We wtorki i czwartki o osiemnastej. ”„I długo to potrwa?
”„Dopóki nie otworzą sali, czyli kilka tygodni. ”„Fantastycznie. ” Pierwsze zajęcia zaczęły się następnego dnia punktualnie. Włodek ustawił krzesła w półkolu.
„Dzisiaj jeszcze raz, Polka. ” Pierwszy takt zabrzmiał całkiem przyzwoicie. Drugi już gorzej. Przy trzecim wszedł Zbyszek, który słyszał wszystko za długo, ale za to był bardzo sympatyczny.
Po dziesięciu minutach Polka zaczynała już przypominać coś, co człowiek mógł rozpoznać bez zgadywania. Wtedy Ewa zeszła na dół. „Tadeusz, naprawdę muszą ćwiczyć tutaj? ”„A gdzie?
Sala jest zamknięta. ”„Ale tutaj też ludzie mieszkają. ”„I pracują. ”„Wiem.
”„Przecież mamy duży dom. Sama mówiłaś, że szkoda, żeby tyle miejsca stało puste. ” Przez chwilę nic nie powiedziała. „To nie jest to samo.
”„Dlaczego? ”„Bo ja miałam na myśli…”„Co? ”„Nieważne. ” Po godzinie zajęcia się skończyły.
Włodek był zachwycony. „Akustyka jest świetna. ” Paweł właśnie schodził po schodach. „Naprawdę?
”„Naprawdę. Dźwięk się dobrze niesie. ”„To zauważyłem. ” Włodek zaczął pakować nuty.
„Tadziu, wiesz co? Jak tak dalej pójdzie, to przed Bożym Narodzeniem moglibyśmy zrobić tutaj mały koncert. ”„Jaki koncert? ”„Taki domowy.
Rodzina, znajomi, kilka kolęd, może dwie Polki. Nic wielkiego. ” Popatrzyłem na Pawła. Jego twarz mówiła wszystko.
Najpierw niedowierzanie, potem strach. Na końcu coś, co wyglądało już prawie jak pogodzenie się z losem. Borys pojawił się u mnie trochę przypadkiem. Jego właściciel, Stefan, miał iść do szpitala na planowaną operację kolana.
„Tadziu, mam problem. ”„Z kolanem? ”„Z psem. ”„Co z nim?
”„Nic. I właśnie to jest problem. On jest zdrowy jak koń. ” Borysa znałem.
Duży labrador, jasny, silny, wiecznie zadowolony z życia. „Na jak długo? ”„Tydzień, może dziesięć dni. ”„Przywieź.
” Paweł dowiedział się następnego dnia. „Pies Borys. ”„Ten wielki. ”„Nie jest wielki, jest konkretny.
”„On będzie w domu? ”„A gdzie ma być? W garażu? ” Paweł westchnął.
Borys przyjechał po południu, wpadł do przedpokoju, obwąchał wszystko, a potem złapał jeden z kapci Pawła i pobiegł z nim do salonu. „Ej! ”„Nie ganiaj go. Jeszcze pomyśli, że to zabawa.
”„On już tak myśli. ” Wieczorem Borys położył się dokładnie na środku korytarza. Ewa próbowała przejść do łazienki. „Borys, przesuń się.
” Borys spojrzał na nią, westchnął i nawet nie drgnął. „Tadeusz, co? ”„To go obejdź. ”„Nie ma jak.
”„Jest bokiem. ” Pierwszy spacer przypadł oczywiście mnie. O szóstej rano Borys już stał przy drzwiach ze smyczą w pysku. Wróciliśmy po czterdziestu minutach.
Boris wszedł do kuchni, napił się wody i natychmiast przyniósł piłkę. „Nie. ” Położył mi ją pod nogami. „Nie.
” Odepchnął piłkę nosem. „Ty naprawdę nie rozumiesz tego słowa? ” Przy śniadaniu ustaliłem grafik. „W poniedziałek ja, wtorek Paweł, środa Ewa.
”„Czego grafik? ”„Spacerów. O szóstej rano najlepiej. ”„Tato, przecież pomagamy sobie jak rodzina.
” Ewa zamknęła oczy. „Nic nie mów. ” We wtorek o szóstej pięćdziesiąt zapukałem do ich drzwi. „Paweł, Borys czeka.
”„Boże. ” Po chwili drzwi się otworzyły. Syn stał w dresie z twarzą człowieka, który nie pamięta, dlaczego w ogóle wstał. Następnego dnia Ewa miała swoją kolej.
„Ten pies ciągnie jak traktor. ”„Ma silnik. ” I właśnie wtedy pojawił się Gucio. Jego właścicielka wyjeżdżała na kilka dni do córki i szukała kogoś, kto zajmie się papugą.
Papuga była zielona, duża i bardzo rozmowna. „Tylko trochę powtarza” Uprzedziła mnie. To trochę okazało się dość szerokim pojęciem. Postawiłem klatkę w salonie.
Gucio pierwszego dnia głównie słuchał, drugiego zaczął próbować. Najpierw nauczył się „kawa gotowa”. Potem poszło szybko. Najczęściej słyszał mnie rano, więc wybierał właśnie te zdania, które powtarzałem najczęściej.
„Pobudka. Paweł, do roboty. Drzwi zamknij. Kawa gotowa.
” Najgorsze było to, że mówił je moim tonem. Pierwszy raz obudził wszystkich chwilę po szóstej. „Pobudka. ”„Tato, ja siedziałem już w kuchni.
To nie ja. ”„Paweł, do roboty! ” krzyknął Gucio. Przy śniadaniu Paweł patrzył na papugę z wyraźną niechęcią.
„Drzwi zamknij. ” Ewa zaczęła się śmiać. W tym samym momencie przez okno zobaczyłem Bożenę. „O, joga!
”„Paweł znieruchomiał z kubkiem przy ustach. Na korytarzu Borys zauważył ruch za oknem i zaczął machać ogonem. Gucio nabrał powietrza. ”„Pobudka.
”„Paweł powoli odstawił kawę. Spojrzał na Ewę. ”„Ewa, co? ”„Może jednak poszukamy mieszkania?
”
Kiedy Paweł po raz pierwszy powiedział, że może jednak powinni poszukać mieszkania, Ewa od razu zaczęła liczyć. „Opłaty, prąd, internet, parking. Wyliczała przy kolacji. I znowu będziemy odkładać połowę tego, co teraz.
”„Ale będziemy mieli spokój. ”„Spokój kosztuje. ” Nic nie powiedziałem. Siedziałem przy stole, jadłem kanapkę i słuchałem.
Myślałem, że temat mieszkania wróci za kilka dni. Wrócił następnego ranka, tylko z zupełnie innej strony. Telefon Ewy zadzwonił podczas śniadania. „Mama wyszła do salonu.
Rozmawiała długo. Najpierw spokojnie, potem ciszej, a na końcu usłyszałem, że właściciel jednak sprzedaje jej mieszkanie. Dał jej trochę czasu, ale musi się wyprowadzić. ”„Kiedy?
”„Za kilka tygodni. ” Paweł westchnął. „Ona na razie szuka czegoś nowego, tylko ceny są straszne. Pomyślałam, że może przyjechałaby do nas na kilka dni, tak próbnie.
” Spojrzała na mnie, jakby spodziewała się długiej dyskusji. „Oczywiście. ”„Naprawdę? ”„Skoro mamy mieszkać jak jedna wielka rodzina, nie możemy zostawić twojej mamy samej.
” Teresa przyjechała w czwartek południu. Była uprzejmą kobietą, trochę nerwową, ale sympatyczną. Przywiozła torbę, małą walizkę i pudełko ciastek. „Żeby nie przyjeżdżać z pustymi rękami.
”„W tym domu to już tradycja. ” Pierwszego dnia wszystko było dobrze. Drugiego odkryliśmy, że Teresa lubi telewizję bardzo. Wiadomości rano, serial po obiedzie, teleteturniej wieczorem.
Do tego dużo rozmawiała przez telefon z siostrą, z koleżanką, z sąsiadką z poprzedniego bloku. „Tak, jest tam u Ewy, nie? Warunki bardzo dobre. Duży dom, ogród też jest.
Tak, Tadeusz bardzo samodzielny. ” Słyszałem to z kuchni. Najbardziej jednak Teresa interesowała się jedzeniem. Nie swoim, cudzym.
W piątek rano Paweł nalał sobie drugą kawę. „Paweł, tyle kawy pijesz? ”„Tak. ”„Ja po drugiej już bym serce czuła.
” Po godzinie zrobił trzecią. „Znowu. ”„To ostatnia. ”„Ale po co ci tyle?
”„Żeby nie zasnąć na stojąco. ”„Kawa gotowa” obudził się Gucio. Paweł zamknął oczy. I właśnie tego dnia wszystko zbiegło się naraz.
Borys musiał wyjść wcześniej. Bożena przyszła z grupą na ćwiczenia. Włodek zadzwonił, że wieczorem zrobią dodatkową próbę. A Rysiek wpadł tylko na chwilę.
Jego chwila trwała prawie godzinę. „A pamiętacie jak…”„Nie. ”„To opowiem. ” W kuchni Teresa tłumaczyła Ewie, że jogurt naturalny lepiej jeść rano niż wieczorem.
Za oknem Bożena wołała:„Plecy prosto! ” Gucio krzyknął:„Paweł, do roboty! ” Borys przebiegł przez korytarz z czyjąś skarpetką w pysku. Stanąłem na środku tego wszystkiego i poczułem coś bardzo przyjemnego.
Dom rzeczywiście żył pełną piersią. W sobotę rano powiedziałem przy śniadaniu:„Po południu robimy garaż. ”„Jaki garaż? ”„Porządki.
Trzeba przejrzeć półki, wynieść złom, poukładać narzędzia. ”„Bardzo dobrze, porządek musi być” dodała Teresa. Paweł nic nie odpowiedział. Wieczorem usiedliśmy do kolacji.
Tym razem atmosfera była dziwnie oficjalna. „Tato, znaleźliśmy mieszkanie. ”„O, małe dwa pokoje. Gdzie?
”„Bliżej mojej pracy” powiedział syn. „I Paweł będzie miał lepszy dojazd. ”„To dobrze. ”„Jest trochę droższe niż chcieliśmy.
Ale chyba damy radę. Po prostu doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy własnej przestrzeni. ” Popatrzyłem na jedno, potem na drugie. „Własnej przestrzeni?
”„Tak” powiedzieli prawie jednocześnie. „A przecież chcieliście mieszkać jak jedna wielka rodzina. ” Zapadła cisza. Paweł wytrzymał może pięć sekund.
Potem parsknął, spróbował się opanować, ale nie dał rady. Zaczął się śmiać. „Tato, dobra, wygrałeś. ”„Ja?
Kak. ”„Ty przecież nic nie zrobiłeś. ” To rozśmieszyło go jeszcze bardziej. Wyprowadzali się w następną sobotę.
Tym razem pudeło jeszcze więcej niż wtedy, kiedy się wprowadzali. Nie wiem, jak to działa, ale człowiek przyjeżdża z pięcioma kartonami, a po kilku tygodniach wyjeżdża z dwunastoma. „Skąd wy macie tyle rzeczy? ”„Nie wiem.
”„To bardzo dobra odpowiedź. ”„Tato, nie zaczynaj. ”„Ja nic nie zaczynam, ja tylko obserwuję. ” Ewa pakowała kuchenne drobiazgi.
Teresa siedziała przy stole i co kilka minut pytała, czy na pewno zabrali wszystko. „Mamo, mam wszystko. ”„Pytam tylko. ” Paweł, przechodząc obok mnie, szepnął:„Widzisz, to nie tylko ty.
”„Rodzina. ” Spojrzał na mnie groźnie, ale się uśmiechnął. Borys wrócił już do Stefana. Gucio natomiast został.
Jego właścicielka zadzwoniła kilka dni wcześniej i powiedziała, że skoro papuga tak dobrze się u mnie czuje, może zostać jeszcze trochę. Nie protestowałem. „Jeszcze trochę? ”„A gdzie ma być?
”„Tato, on mówi twoim głosem. ”„To znaczy, że ma dobry słuch. ”„Paweł, do roboty” zawołał Gucio. Uznałem temat za zamknięty.
W dniu przeprowadzki pomagałem normalnie. Zniosłem dwa cięższe pudła, rozkręciłem mały regał Ewy i dałem Pawłowi starą składaną drabinę. „Weź, po co? ”„W mieszkaniu zawsze się przydaje.
”„Ale to twoja. ”„Mam drugą. ” Dołożyłem jeszcze pudełko z podstawowymi narzędziami. „Po co mi poziomica?
”„Żebyś obrazów krzywo wieszał. ”„Ja nie wieszam obrazów. ”„Ewa będzie. ”„Będę” wychyliła się z korytarza__.
„Widzisz? ”„Pokręcił głową. ” Kiedy ostatni karton znalazł się w samochodzie, stanęliśmy przy furtce. Teresa miała pojechać z nimi obejrzeć nowe mieszkanie, a później wrócić do wynajętego pokoju.
„Tadeusz, dziękuję, że mogliśmy tu zostać. ”„Nie ma za co. ”„Jest. ” Przez moment się wahała.
„Chyba trochę inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Myślałam, że skoro dom jest duży, to po prostu jest dużo wolnego miejsca. ”„A teraz? ”„Teraz wiem, że wolny pokój nie znaczy, że czyjeś życie jest wolne do zagospodarowania.
”„To było dobrze powiedziane. ” Paweł podszedł do nas. „Tato, mogę cię o coś zapytać? ”„Możesz.
”„Ty to wszystko zrobiłeś specjalnie? ”„Co? ”„Wszystko. Rysiek miał zalane mieszkanie.
Joga, Bożena nie miała sali. Akordeony. Włodek też nie miał sali. Borys.
Stefan miał operację. Papuga. ”„Zastanowiłem się. Gucio rzeczywiście był bonusem.
”„Czyli chcesz mi powiedzieć, że to wszystko był przypadek? ”„Nie. Powiedziałem tylko, że nikogo nie wymyśliłem. Ale wykorzystałeś okazję.
Synu, chcieliście mieszkać jak jedna wielka rodzina. Ja tylko potraktowałem was poważnie. ”„Za poważnie. ”„Jak się człowiek o coś prosi, powinien wiedzieć, o co.
”„Przyznaję, zrozumiałam” powiedziała Ewa. Nie było w niej złości. Nie chciałem ich ukarać. Tym bardziej nie chciałem wygrać jakiejś wojny.
Chciałem tylko, żeby zobaczyli jedną prostą rzecz. Dom to nie metry kwadratowe. To czyjeś przyzwyczajenia, rytm, ludzie, cisza, hałas, praca, poranki i zasady. Paweł objął mnie przed wyjazdem.
„Przyjadę w przyszłą niedzielę. ”„Zadzwoń wcześniej. ”„Serio? ”„Serio?
”„Dobrze. I przyjedź na obiad. Będzie bigos. ”„Jak zostanie, to może jednak zadzwonię w sobotę” odparł z uśmiechem i odjechali.
Tydzień później Paweł rzeczywiście przyjechał sam. Zadzwonił wcześniej. Punktualnie w południe otworzyłem mu drzwi i wtedy z salonu roznegło się:„Pobudka. Do roboty.
”„Tato, no Gucio nadal tu jest? ”„A gdzie ma być? ”„Kawa gotowa” przekrzywiła głowę papuga. „To już rodzina” uśmiechnąłem się.
Paweł tylko pokręcił głową i wszedł do środka. I chyba właśnie wtedy obaj najlepiej zrozumieliśmy, że rodzina wcale nie musi mieszkać pod jednym dachem. Czasem dużo lepiej się kocha, kiedy każdy ma własne klucze, własne zasady i własny adres.